Czasem oczekiwanie jest bardziej męczące niż wysiłek.
A my wciąż czekamy.
W zeszły czwartek (17.06) minął przewidywany termin narodzin naszej córeczki.
Liczyliśmy na jakąś akcję, odejście wód, czy chociażby skurcze, a tu nic. Oczywiście termin jest szacunkowy, poród może się zacząć dwa tygodnie wcześniej albo później. A jednak przez dziewięć miesięcy ta data mocno wbiła się nam do głów - wszystko miało być gotowe do tego dnia. Wszystkie sprawy pozałatwiane, pokoik dla dziecka przygotowany, urlop z pracy wzięty, a dzidziuś siedzi sobie w macicy i ani myśli przychodzić na świat.
W sumie trudno się dziwić.
Od trzech dni jesteśmy w blokach startowych, tylko wystrzału startera coś nie słychać...
